Cała prawda o ZUS - Historia pewnej rencistki

Wiele osób pyta mnie co dał mi udział w konkursie na Prezesa ZUS?

Odpowiadam, że jeszcze większą wiedzę o absurdach panujących w ZUS, bezduszności urzędniczej i głupocie. Zgłasza się do mnie coraz więcej osób, które nie mogą od wielu lat załatwić swojej sprawy.
Dziś chciałabym przedstawić historię pani Urszuli, która mimo wszystko się nie poddaje i mam nadzieje, że razem teraz nam się uda...



Pani Urszula ma 57 lat, jest niezdolna do pracy, nie ma prawa do renty i środków do życia, żeby zapłacić rachunki zaczęła pisać i wydała książkę...

Pani Urszula przez trzydzieści lat płaciła składki ZUS, który dawno, dawno temu zapewniał ją o tym, że dzięki temu, w razie choroby, otrzyma potrzebną pomoc finansową lub jak już będzie starszą panią czekać będzie na nią dostatnie życie emerytki. Kiedy miała dwadzieścia lat i rozpoczynała swoją pierwszą pracę to wiek emerytalny ustalono na 55 lat, a wtedy ten czas zdawał jej się odległy niczym lot w kosmos. Jednak wiedziała, że jak już nadejdzie to pozostały do śmierci czas – mając już oczywiście czas wolny i pieniądze z ZUS-u, będzie jak jej sąsiadki z zachodniej granicy zwiedzać świat. Pełna młodzieńczej wiary głęboko zaufała temu słowu. Niestety czas biegnie szybko. Pani Urszula z każdym rokiem podupadała na zdrowiu i… tu bajki koniec.

Zaczęły się poważne zmagania z chorobami. W wieku pięćdziesięciu lat była schorowaną starszą panią. Na nic zdał się jej młody wygląd (a to zasługa genów rodziców) gdy noce nieprzespane, a dni przepłakane z bólu i niemocy. Silne bóle kręgosłupa ze sztywnością kończyn, zaburzenia widzenia i pamięci, ciągłe zmęczenie i migrena wykręcająca ciało kilka razy w miesiącu… Rozpoznano też u niej chorobę Hashimoto, to choroba, przy której choruje cały organizm, a której jedynie nazwa brzmi atrakcyjnie i niektórym może kojarzyć się z modelem nowego motocykla ;-)

To wszystko pozbawiało ją nie tylko radości życia, a też jakże ważnej możliwości pracy. Wtedy, pełna nadziei, udała się po pomoc do ZUS-u. Jedna pani lekarka, Komisją zwana, kazała jej rozebrać się do bielizny. Obejrzała dookoła, zmierzyła ciśnienie i kazała iść do domu. Po kilku dniach napisała do niej list, a w nim co najmniej dziwnie brzmiące zdanie: „Nie jest Pani niezdolna do pracy”. Prawnik pomógł zrozumieć, że według tamtej Komisji to ona jest zdolna do pracy. Nie godząc się z krzywdząca opinią odwołała się. Następna Komisja nie zgodziła się z poprzednią lekarką i dostrzegła w dotkniętej chorobami kobiecie rencistkę, przyznając na rok przysługujące świadczenia, darując jej tym Rok Łaski Pańskiej, gdyż nareszcie mogła zająć się reperowaniem rozsypanego zdrowia.

Łatanie wątłego zdrowia okazało się nie tak proste... Kręgosłup z czterema przepuklinami opisana przez wybitnego lekarza neurochirurga jako zaawansowana spondyloza z wtórną stenozą i klinicznymi objawami zespołu szyjnego i radikulopatii szyjnej coraz mocniej dawały się we znaki. Niestety rok minął szybko. Ponownie pojawiła się na owej Komisji Lekarskiej i ta sama procedura - oglądanie, mierzenie ciśnienia i po krótkim czasie list, w którym: „Nie jest Pani niezdolna do pracy”…

Znowu odwołania i następne komisje traktujące naszą rencistkę już nie jak osobę schorowaną, a jak intruza, wyłudzacza paskudnego. Jedną z wizyt przed komisją lekarską odchorowała załamaniem nerwowym, bezlitośnie poniżana przez lekarkę. I znowu jakiś urzędnik zadecydował, że renta się nie należy. Prysła jej ufność w zgromadzone składki na leczenie, na poprawę stanu zdrowia. Zobaczyła, że działalność Komisji ZUS to farsa.

Pieniędzy musiała szukać u rodziny i przyjaciół, by opłacić nie tylko bieżące sprawy i rachunki, a również dojazdy na ponowne komisje, jak i pomoc adwokata, gdyż sama wobec ZUS-u była już bezsilna. I tak chodziła na komisje, a było ich kilkanaście, aż trafiła po sprawiedliwość do Sądu.

Sąd ustalił, że żaden z lekarzy orzeczników ZUS ani biegłych podczas konsultacji nie obejrzał jej badania na płytce rezonansu magnetycznego. Zrobił to biegły sądowy neurochirurg. Jak zauważyła pani Urszula inni lekarze nie badali jej tak wnikliwie, a raczej oceniali jej zewnętrzny wygląd. Pomimo nasilonych dolegliwości i udokumentowanych chorób, Komisja ZUS jednak nie przyznając prawa do renty napisała, że „biegli zgadzają się z wnioskodawczynią, że rozpoznane u niej schorzenia nie zostały wyleczone”. Na pytanie Sądu Okręgowego „Czy w stanie zdrowia wnioskodawczyni (…) dotąd niezdolnej do pracy nastąpiła poprawa przywracająca zdolność do pracy i czym się wyraża?” – nie odpowiedział żaden z poprzednich ją badających specjalistów. To naturalne, gdyż choroba jest postępująca, jednak tego w opinii nie zawarli.

Po trzech żmudnych latach będąc bez środków do życia Sąd Okręgowy przyznał jej prawo do renty. A tu myk, ZUS apelacją rzucił i wygrał w Sądzie Apelacyjnym. Wygląda na to, że w systemie ZUS-u nie ma słowa ‘prawda’, bo nie spodobała się rzeczywista opinia specjalisty neurochirurga.

Jedyna nadzieja w Sądzie Najwyższym…
Pani Urszula od 2011 roku jest bez środków do życia, pomaga jej rodzina i przyjaciele. Przyczyną fatalnej sytuacji pani Urszuli, podobnie jak wielu poszkodowanych schorowanych ludzi, jest chory system, w którym orzecznicy ZUS-u nie są obiektywni gdyż ich główną misją jest nie pomoc dla niezdolnych do pracy, a raczej bezduszne wytyczne jak strzec ZUS-owskich pieniędzy. ZUS nie ma ludzkiej twarzy, a tego nam potrzeba!

ZUS-owi potrzebne jest racjonalne zarządzanie i ograniczenie kosztów funkcjonowania tej instytucji, jako Prezes na pewno nie zgodziłabym się na wyjazd pracowników na Sycylię (przeczytaj artykuł) w celu propagowania wiedzy o ubezpieczeniach, szukałabym oszczędności tam gdzie można je zrobić… i przekazała środki tam gdzie są na pewno potrzebne…

Pani Urszula mnie pyta
- No i po cóż było płacić przez te 30 lat składki, kiedy teraz jako osoba schorowana zostałam zostawiona sama sobie i pozbawiona środków do życia? Gorycz przelewała się przez jej umysł, który podczas zmagania się z bólem i depresją potrzebował bardziej spokoju niż niepokoju o byt. Moja odpowiedź brzmi : „Nie wiem….” Taka historia mogła spotkać każdego, mogłaby się przydarzyć również i mi... Pani Urszula jak wielu ubezpieczonych jest jak mrówka w starciu ze słoniem.

Jednak historia ma też pozytywy przekaz. Pani Urszula nie tracąc nadziei w oczekiwaniu na sprawiedliwość pisała książkę, taką kobiecą, szczerze o życiu i niezłomnej walce o szczęście i miłość. I tu znowu przyszli jej z pomocą niezawodni przyjaciele i udało jej się wydać swoją powieść pt. „Nie budźcie mnie ze snu”. Jak sprawa się zakończy w Sądzie Najwyższym jeszcze nie wiem…. ale wierzę w sprawiedliwość…

Jeśli ktoś chciałby pomóc pani Urszuli, zachęcam do zakupu książki. Proszę o kontakt na e-maila biuro@helpdeskkadrowy.pl - podam adres do autorki, od której można kupić książkę.
Trwa ładowanie komentarzy...